Akceptacja to nie rezygnacja. To wybór.
Akceptacja często bywa mylona z biernością.
Z poddaniem się, z odpuszczeniem walki, z brakiem ambicji czy siły.
Szczególnie w męskim świecie, gdzie jesteśmy uczeni, że trzeba zawsze działać, poprawiać, udowadniać.
Ale prawdziwa akceptacja nie ma nic wspólnego z rezygnacją.
To nie zgoda na bylejakość.
To uznanie rzeczywistości takiej, jaka jest – bez zaklinania jej, bez udawania, bez przemocy wobec siebie.
To moment, w którym przestaję walczyć z samym sobą.
Zaczynam widzieć siebie takim, jaki jestem: z emocjami, które czuję; z myślami, które mnie odwiedzają; z historią, którą niosę.
I choć może to brzmieć prosto, to akt wielkiej odwagi.
Bo żeby zaakceptować siebie – muszę się najpierw spotkać ze sobą prawdziwie. Bez zbroi. Bez masek.
To często najtrudniejsza walka, jaką toczymy – nie z innymi, ale z własnym odrzuceniem.
Akceptacja nie oznacza, że wszystko mi pasuje.
Oznacza, że przestaję się karać za to, co czuję, kim jestem, gdzie jestem w życiu.
To pierwszy krok, który pozwala coś zmienić – nie ze złości do siebie, ale z troski.
Z miłości.
Z szacunku.
Bo kiedy zaczynam akceptować siebie – coś się we mnie rozluźnia.
Mogę odetchnąć.
Znika ten wewnętrzny głos, który ciągle mówił: „Nie jesteś dość.”
Mogę stanąć na swoim miejscu – takim, jakie jest – i dopiero wtedy ruszyć dalej.
Akceptacja to czynność, nie uczucie.
To codzienna decyzja: „Zatrzymam się. Zobaczę. Przyjmę.”
To sposób bycia – z innymi, ze światem, z samym sobą.
To coś, co można ćwiczyć.
W relacji, w terapii, w ciele, w ciszy.
To coś, co przynosi pokój.
A z tego pokoju rodzi się prawdziwa siła – nie ta udawana, twarda i spięta, ale ta głęboka, miękka, obecna.
Akceptacja to nie koniec drogi.
To punkt, z którego można zacząć naprawdę iść.